Czekaliśmy na wakacje i oto są!
czwartek, 5 lipca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
lascate mi cantare sono un italiano
Łapiąc szybki oddech pomiędzy fazą ćwierćfinałową i półfinałową, tradycyjnie jak co roku podzielę się moimi typami co trzeba, co warto a co można zobaczyć na tegoroczym offie. Dodatkowo - w porównaniu do lat ubiegłych pojawiła się pozycja zielona wytłuszczona czyli w tłumaczeniu: TRZEBAzobaczyćPLUS. Oczywiście zdaję sobie sprawę - jak co roku - że życie w brutalny sposób zweryfikuje te ambitne plany, no ale cóż - trzeba cele mieć ambitne. Tak na marginesie, to przez te mistrzostwa utraciłem w ogóle kontrolę nad wszystkim, nie mam czasu na nic, dominuje czasochłonny schemat: praca-mecz lub praca-miasto-mecz. Co miłe, dotarło do mnie jak dużą rezerwą czasową dysponuję na co dzień i nieprawdą jest, że tylko dzieci i dzieci:) Przy okazji tradycyjnie pozdrawiam wszystkie niedawno urodzone, wkrótce urodzone oraz te o których jeszcze nic nie wiadomo, żeby rosły w siłę a nam żyło się jeszcze lepiej.
PS.a tytuł dzisiejszej wypowiedzi oczywiście odnosi się do wczorajszego spokoju Andrea Pirlo podczas serii rzutów karnych
wtorek, 8 maja 2012
Adéla ještě nevečeřela
Dzisiaj będzie kinowo, coś z cyklu off-cinema, a mianowicie chciałem się podzielić wrażeniami z pobytu na cieszyńskim przeglądzie filmowym: Kino na granicy, prezentującym filmy polskie, czeskie, słowackie, węgierskie nawet - zarówno filmy nowe jak i perły kina mające po kilkadziesiąt lat.
Przemierzając codziennie 30km dzielące Drogomyśl i Cieszyn, przepełniony wrażeniami i wspaniałą atmosferą dnia poprzedniego, przez 3 dni od godziny 10 rano oddawałem się przyjemności obcowania z kinem, filmami i miastem. Właśnie po pierwsze Cieszyn jako miasto - jak dla mnie idealnie nadaje się do tego typu wydarzeń. Drogi łączące Kino Piast i Teatr po stronie polskiej oraz kino Central po stronie czeskiej były celami nieustających, pieszych wędrówek ludności spragnionej wrażeń filmowych. Ja szczególnie upodobałem sobie miejsce gdzieś pośrodku, tuż nad Olzą, pewną gospodę gdzie za 4.70 po przeliczeniu, pyszny zimny, kuflowy Radegast na chwilę orzeźwiał:)
Głowa wolna od codzienności, ciemność i przyjemny kinowy chłód, a na zewnątrz upał i atmosfera wakacji...i jeszcze to pivo...
Przemierzając codziennie 30km dzielące Drogomyśl i Cieszyn, przepełniony wrażeniami i wspaniałą atmosferą dnia poprzedniego, przez 3 dni od godziny 10 rano oddawałem się przyjemności obcowania z kinem, filmami i miastem. Właśnie po pierwsze Cieszyn jako miasto - jak dla mnie idealnie nadaje się do tego typu wydarzeń. Drogi łączące Kino Piast i Teatr po stronie polskiej oraz kino Central po stronie czeskiej były celami nieustających, pieszych wędrówek ludności spragnionej wrażeń filmowych. Ja szczególnie upodobałem sobie miejsce gdzieś pośrodku, tuż nad Olzą, pewną gospodę gdzie za 4.70 po przeliczeniu, pyszny zimny, kuflowy Radegast na chwilę orzeźwiał:)
Głowa wolna od codzienności, ciemność i przyjemny kinowy chłód, a na zewnątrz upał i atmosfera wakacji...i jeszcze to pivo...
Miałem niebywałe szczęście, że z - w więszkości - losowo wybieranych filmów udało mi się obejrzeć jak dla mnie prawie same arcydzieła. Szczególnie zachwyciła mnie Szkoła Podstawowa i Na skraju lasu - Zdenka Sveraka (jestem w trakcie poznawania dalszych dzieł tego genialnego reżysera, scenarzysty i aktora i zachwyty nie mniejsze). Oprócz tego Geniusz kompletnie nieznanego u nas Stefana Uhera, oraz Poupata (Pąki) Zdenka Jiráska - komedie, często podszyte dramatem... skłaniające do śmiechu ale i do łez...Kino ambitne, ale bez przesady..
Jakoś z początkiem wieku czułem lekki przesyt nowego kina czeskiego. Obecnie odkrywam je na nowo, z uwzględnieniem tzw. Czechosłowackiej nowej fali - filmów często zapomnianych ale genialnych...
Jakoś z początkiem wieku czułem lekki przesyt nowego kina czeskiego. Obecnie odkrywam je na nowo, z uwzględnieniem tzw. Czechosłowackiej nowej fali - filmów często zapomnianych ale genialnych...
wieeelka przygoda...
PS. Uściski i podzięki dla Ani, Roberta i tajemniczej rączki za sielską atmosferę (tylko szkoda, że tak szybko minęło...)
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Separator
Witam w poświątecznym wydaniu naszego magazynu. Lodówki jeszcze pełne mazurków, serników i białych kiełbas, a w głowach już myśli jak zagospodarować nadchodzące wolne dni długiego weekendu majowego. Czas szczególny, chyba najlepszy z całego roku... Wszystko się budzi, niczego się jeszcze nie wspomina - wspomnienia dopiero będą się tworzyć...
Jako tło muzyczne do dzisiejszych rozmyślań przy kawie proponuję dwa dość różne a może całkiem podobne wydawnictwa: kobieta i mężczyzna. Dodatkowo razem od dwudziestu lat, ostatnio osobno. Dwa najważniejsze filary jednego z najważniejszych zespołów muzyki alternatywnej. Wystąpią osobno na offie. Już wiecie..?...Pewnie...od samego początku........czy nie wiecie..?
No to dla porządku: pani się nazywa Kim Gordon, pan się nazywa Thurston Moore, zespół oczywiście znają wszyscy...Zamieniamy się w słuch:
thurston moore - 2011 - demolished thoughts
Kim Gordon - 2000 - Mori & DJ Olive
Jako tło muzyczne do dzisiejszych rozmyślań przy kawie proponuję dwa dość różne a może całkiem podobne wydawnictwa: kobieta i mężczyzna. Dodatkowo razem od dwudziestu lat, ostatnio osobno. Dwa najważniejsze filary jednego z najważniejszych zespołów muzyki alternatywnej. Wystąpią osobno na offie. Już wiecie..?...Pewnie...od samego początku........czy nie wiecie..?
No to dla porządku: pani się nazywa Kim Gordon, pan się nazywa Thurston Moore, zespół oczywiście znają wszyscy...Zamieniamy się w słuch:
thurston moore - 2011 - demolished thoughts
Kim Gordon - 2000 - Mori & DJ Olive
piątek, 23 marca 2012
Wiosenny wkręt
Ostatnim razem zapowiadałem mocniesze rytmy, jednak nie mogłem przewidzieć, że w międzyczasie zawita do nas wiosna i trzeba będzie się jakoś muzycznie odnieść do tej sytuacji. Wiosną wszystko lepiej się udaje, tramwaje przyjeżdżają na czas, a jeśli nawet nie, to spacer też nie stanowi problemu. Wiadomo, chciałoby się jeszcze kilku innych rzeczy: czystszego samochodu, nowszych głośników, większej życzliwości ludzkiej, mniej czerwonych nagłówków na gazeta.pl... Ale może nie wszystko na raz...
Tak się dobrze składa, że w poprzednim wejściu pominąłem jednego wykonawcę, który idealnie wpasowuję się w obecną aurę. Ten zespół to House of Love! Proponuję zapoznać się z debiutanckim albumem z 1988 roku zatytuowanym: House of Love. Z tym zespołem jest jeden problem dziennikarski - ponieważ wszystkie istotne wydawnictwa tej grupy nazywają się po prostu: House of Love - House of Love:)
Dla lepszego rozeznania proponuję najpierw przypomnieć sobie największy hit grupy "Shine on" z drugiej płyty zespołu zatytułowanej House of Love oczywiście:
A teraz przenosimy się już do roku 1988go. Legień i Wroński zdobywają złote medale w Seulu. Holandia ze swoim dream teamem zdobywa Mistrzostwo Europy. Do kin wchodzi Szklana Pułapka i Kingsajz, wielkimi krokami zbliża się wind of change...
House of Love - 1988 - House of Love
PS. Prezentowane zdjęcie pochodzi z jeszcze innej płyty zespołu, lecz wydaje się być najbardziej wiosenne!
Tak się dobrze składa, że w poprzednim wejściu pominąłem jednego wykonawcę, który idealnie wpasowuję się w obecną aurę. Ten zespół to House of Love! Proponuję zapoznać się z debiutanckim albumem z 1988 roku zatytuowanym: House of Love. Z tym zespołem jest jeden problem dziennikarski - ponieważ wszystkie istotne wydawnictwa tej grupy nazywają się po prostu: House of Love - House of Love:)
Dla lepszego rozeznania proponuję najpierw przypomnieć sobie największy hit grupy "Shine on" z drugiej płyty zespołu zatytułowanej House of Love oczywiście:
A teraz przenosimy się już do roku 1988go. Legień i Wroński zdobywają złote medale w Seulu. Holandia ze swoim dream teamem zdobywa Mistrzostwo Europy. Do kin wchodzi Szklana Pułapka i Kingsajz, wielkimi krokami zbliża się wind of change...
House of Love - 1988 - House of Love
PS. Prezentowane zdjęcie pochodzi z jeszcze innej płyty zespołu, lecz wydaje się być najbardziej wiosenne!
wtorek, 13 marca 2012
...chomika, kota, rybki oraz psa
W dzisiejszym odcinku naszego cyklu zaprezentuję czy też raczej zarekomenduję państwu kilka pozycji z pogranicza muzyki gitarowej i elektronicznej. Po wczorajszych zapowiedziach w audycji GH+ zaczniemy od przedstawienia kuratora sceny eksperymentalnej jednego z
festiwalowych dni - Christiana Fennesza lub po prostu Fennesza. Pomysł wydaje się trafiony, zaproszeni goście - muzycy i showmani - również.
Oto najsłynniejsza płyta Fennesza z 2001 roku - nie z żadnego pogranicza jak napisałem we wstępnie - po prostu elektronika w postaci czystej lub jeszcze lepiej - jak określił to wczoraj GrzegorzH - "elektroniczny minimalizm"
Fennesz - 2001 - Endless Summer
W podobnych rewirach obraca się polska zeszłoroczna propozycja warszawskiej grupy Kirk czyli demoniczna dziewczynka w stroju komunijnym na okładce, zresztą klimat najlepiej opisują sami: "Mówiono o wszystkim - o Bogu, o śmierci, o zbyt ciepłej wódce. Ważniejsze od słów było ich brzmienie. Czyste, nieskażone oczywistością. Pełna improwizacja"
Kirk - 2011 - Msza Święta w Brąswałdzie
Dodatkowo, fakultatywnie, dla uczniów zainteresowanych oceną celującą na semestr polecam jeszcze kilka ciekawych zeszłorocznych pozycji (wszystkie płyty wysoko notowane w podsumowaniach rocznych):
Ty Segall - 2011 - Goodbye bread - czyli sympatyczny pies z okładki
Kurt Vile - 2011 - Smoke Ring for my Halo - czyli płyta syna fanów pewnego niemieckiego kompozytora
Battles - 2011 - Gloss drop - tutaj nie udało mi się wymyślić żadnej ciekawej puenty
Jeszcze kilka płyt i będziemy zupełnie na bieżąco, wtedy możemy skupić się bardziej na śmiesznych anegdotach i historiach z morałem. Skądinąd wiem, że wśród czytelników rasowych gawędziarzy nie brakuje - scena jest duża, pomieścimy się wszyscy:)
W kolejnych wejściach będzie coś dla fanów ostrzejszego grania i muzyki polskiej, trudno jednak powiedzieć kiedy dokładnie...
festiwalowych dni - Christiana Fennesza lub po prostu Fennesza. Pomysł wydaje się trafiony, zaproszeni goście - muzycy i showmani - również.
Oto najsłynniejsza płyta Fennesza z 2001 roku - nie z żadnego pogranicza jak napisałem we wstępnie - po prostu elektronika w postaci czystej lub jeszcze lepiej - jak określił to wczoraj GrzegorzH - "elektroniczny minimalizm"
Fennesz - 2001 - Endless Summer
W podobnych rewirach obraca się polska zeszłoroczna propozycja warszawskiej grupy Kirk czyli demoniczna dziewczynka w stroju komunijnym na okładce, zresztą klimat najlepiej opisują sami: "Mówiono o wszystkim - o Bogu, o śmierci, o zbyt ciepłej wódce. Ważniejsze od słów było ich brzmienie. Czyste, nieskażone oczywistością. Pełna improwizacja"
Kirk - 2011 - Msza Święta w Brąswałdzie
Dodatkowo, fakultatywnie, dla uczniów zainteresowanych oceną celującą na semestr polecam jeszcze kilka ciekawych zeszłorocznych pozycji (wszystkie płyty wysoko notowane w podsumowaniach rocznych):
Ty Segall - 2011 - Goodbye bread - czyli sympatyczny pies z okładki
Kurt Vile - 2011 - Smoke Ring for my Halo - czyli płyta syna fanów pewnego niemieckiego kompozytora
Battles - 2011 - Gloss drop - tutaj nie udało mi się wymyślić żadnej ciekawej puenty
Jeszcze kilka płyt i będziemy zupełnie na bieżąco, wtedy możemy skupić się bardziej na śmiesznych anegdotach i historiach z morałem. Skądinąd wiem, że wśród czytelników rasowych gawędziarzy nie brakuje - scena jest duża, pomieścimy się wszyscy:)
W kolejnych wejściach będzie coś dla fanów ostrzejszego grania i muzyki polskiej, trudno jednak powiedzieć kiedy dokładnie...
środa, 7 marca 2012
Narodzeni na nowo!
W pierwszych słowach inaugurujących nowy sezon muzyczno-rozrywkowy chciałbym ponownie powitać wszystkich przyjaciół, kolegów, rodzinę i życzyć wielu nie tylko sportowych wrażeń w niedawno rozpoczętym nowym roku! Po prawdzie rok rozpoczął się już dwa miesiące z obkładem temu, ale wiadomo, że miesiące zimowe są raczej miesiącami martwymi, w których pije się dużo różnych alkoholi, a pomieszczenia są ciemne i ogrzewane... Dopiero obecny miesiąc staje się właściwym miesiącem rozbiegowym, po którym niebawem nastąpi maj, zaczną się spacery i rowery, a rzeczywistość będziemy odbierać (jeszcze) bardziej kolorowo!
Przydługi wstęp nieco oddalił nas od sedna sprawy czyli od bożego muzycznego narodzenia i zmartwychwstania w jednym, które w tym roku odbędzie się w dniach 2-5 sierpnia w katowickiej dolinie trzech stawów!
Tak jak w roku ubiegłym będę się starał zwracać uwagę na ciekawe zjawiska jakie spodziewane są na tegorocznym offie, tradycyjnie zachęcam do aktywnych poszukiwań własnych, do komentarzy, ogólnie do czerpania radości z muzyki!
Początek wydaje się być oczywisty - dwa najbardziej uznane albumy z repertuaru zespołu The Stooges. Fanów Iggiego Popa może nieco zdzwiwić brak hitów znanych z jego solowej kariery, ale zapewniam, że poniższe nagrania kopią nie mniej!
The stooges - 1970 - Fun House
The stooges - 1973 - Raw Power
Jako dopełnienie cyklu "alternatywa lat 70tych" proponuję, płytę z 1977 roku, która przy pierwszych przesłuchaniach wydaje się całkowicie nie do odbioru, po kilkunastu zaczyna intrygować, a na koncercie wypada zjawiskowo. (markie smith i the fall to była tylko przygrywka:)) Co prawda nazwa zespołu może nieco zniechęcać, ale proszę popróbować!
Suicide - 1977 - Suicide
Stay tuned!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





