poniedziałek, 25 czerwca 2012

lascate mi cantare sono un italiano

Łapiąc szybki oddech pomiędzy fazą ćwierćfinałową i półfinałową, tradycyjnie jak co roku podzielę się moimi typami co trzeba, co warto a co można zobaczyć na tegoroczym offie. Dodatkowo - w porównaniu do lat ubiegłych pojawiła się pozycja zielona wytłuszczona czyli w tłumaczeniu: TRZEBAzobaczyćPLUS. Oczywiście zdaję sobie sprawę - jak co roku - że życie w brutalny sposób zweryfikuje te ambitne plany, no ale cóż - trzeba cele mieć ambitne. Tak na marginesie, to przez te mistrzostwa utraciłem w ogóle kontrolę nad wszystkim, nie mam czasu na nic, dominuje czasochłonny schemat: praca-mecz lub praca-miasto-mecz. Co miłe, dotarło do mnie jak dużą rezerwą czasową dysponuję na co dzień i nieprawdą jest, że tylko dzieci i dzieci:) Przy okazji tradycyjnie pozdrawiam wszystkie niedawno urodzone, wkrótce urodzone oraz te o których jeszcze nic nie wiadomo, żeby rosły w siłę a nam żyło się jeszcze lepiej.

PS.a tytuł dzisiejszej wypowiedzi oczywiście odnosi się do wczorajszego spokoju Andrea Pirlo podczas serii rzutów karnych

wtorek, 8 maja 2012

Adéla ještě nevečeřela

Dzisiaj będzie kinowo, coś z cyklu off-cinema, a mianowicie chciałem się podzielić wrażeniami z pobytu na cieszyńskim przeglądzie filmowym: Kino na granicy, prezentującym filmy polskie, czeskie, słowackie, węgierskie nawet - zarówno filmy nowe jak i perły kina mające po kilkadziesiąt lat.
Przemierzając codziennie 30km dzielące Drogomyśl i Cieszyn, przepełniony wrażeniami i wspaniałą atmosferą dnia poprzedniego, przez 3 dni od godziny 10 rano oddawałem się przyjemności obcowania z kinem, filmami i miastem. Właśnie po pierwsze Cieszyn jako miasto - jak dla mnie idealnie nadaje się do tego typu wydarzeń. Drogi łączące Kino Piast i Teatr po stronie polskiej oraz kino Central po stronie czeskiej były celami nieustających, pieszych wędrówek ludności spragnionej wrażeń filmowych. Ja szczególnie upodobałem sobie miejsce gdzieś pośrodku, tuż nad Olzą, pewną gospodę gdzie za 4.70 po przeliczeniu, pyszny zimny, kuflowy Radegast na chwilę orzeźwiał:)
Głowa wolna od codzienności, ciemność i przyjemny kinowy chłód, a na zewnątrz upał i atmosfera wakacji...i jeszcze to pivo...
Miałem niebywałe szczęście, że z - w więszkości - losowo wybieranych filmów udało mi się obejrzeć jak dla mnie prawie same arcydzieła. Szczególnie zachwyciła mnie Szkoła Podstawowa i Na skraju lasu - Zdenka Sveraka (jestem w trakcie poznawania dalszych dzieł tego genialnego reżysera, scenarzysty i aktora i zachwyty nie mniejsze). Oprócz tego  Geniusz kompletnie nieznanego u nas Stefana Uhera, oraz Poupata (Pąki) Zdenka Jiráska - komedie, często podszyte dramatem... skłaniające do śmiechu ale i do łez...Kino ambitne, ale bez przesady..
Jakoś z początkiem wieku czułem lekki przesyt nowego kina czeskiego. Obecnie odkrywam je na nowo, z uwzględnieniem tzw. Czechosłowackiej nowej fali - filmów często zapomnianych ale genialnych...
wieeelka przygoda...

PS. Uściski i podzięki dla Ani, Roberta i tajemniczej rączki za sielską atmosferę (tylko szkoda, że tak szybko minęło...)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Separator

Witam w poświątecznym wydaniu naszego magazynu. Lodówki jeszcze pełne mazurków, serników i białych kiełbas, a w głowach już myśli jak zagospodarować nadchodzące wolne dni długiego weekendu majowego. Czas szczególny, chyba najlepszy z całego roku... Wszystko się budzi, niczego się jeszcze nie wspomina - wspomnienia dopiero będą się tworzyć...
Jako tło muzyczne do dzisiejszych rozmyślań przy kawie proponuję dwa dość różne a może całkiem podobne wydawnictwa: kobieta i mężczyzna. Dodatkowo razem od dwudziestu lat, ostatnio osobno. Dwa najważniejsze filary jednego z najważniejszych zespołów muzyki alternatywnej. Wystąpią osobno na offie. Już wiecie..?...Pewnie...od samego początku........czy nie wiecie..?
No to dla porządku: pani się nazywa Kim Gordon, pan się nazywa Thurston Moore, zespół oczywiście znają wszyscy...
Zamieniamy się w słuch:


thurston moore - 2011 - demolished thoughts
Kim Gordon - 2000 - Mori & DJ Olive

piątek, 23 marca 2012

Wiosenny wkręt

Ostatnim razem zapowiadałem mocniesze rytmy, jednak nie mogłem przewidzieć, że w międzyczasie zawita do nas wiosna i trzeba będzie się jakoś muzycznie odnieść do tej sytuacji. Wiosną wszystko lepiej się udaje, tramwaje przyjeżdżają na czas, a jeśli nawet nie, to spacer też nie stanowi problemu. Wiadomo, chciałoby się jeszcze kilku innych rzeczy: czystszego samochodu, nowszych głośników, większej życzliwości ludzkiej, mniej czerwonych nagłówków na gazeta.pl... Ale może nie wszystko na raz...
Tak się dobrze składa, że w poprzednim wejściu pominąłem jednego wykonawcę, który idealnie wpasowuję się w obecną aurę. Ten zespół to House of Love! Proponuję zapoznać się z debiutanckim albumem z 1988 roku zatytuowanym: House of Love. Z tym zespołem jest jeden problem dziennikarski - ponieważ wszystkie istotne wydawnictwa tej grupy nazywają się po prostu: House of Love - House of Love:)
Dla lepszego rozeznania proponuję najpierw przypomnieć sobie największy hit grupy "Shine on" z drugiej płyty zespołu zatytułowanej  House of Love oczywiście:


A teraz przenosimy się już do roku 1988go. Legień i Wroński zdobywają złote medale w Seulu. Holandia ze swoim dream teamem zdobywa Mistrzostwo Europy. Do kin wchodzi Szklana Pułapka i Kingsajz, wielkimi krokami zbliża się wind of change...


House of Love - 1988 - House of Love


PS. Prezentowane zdjęcie pochodzi z jeszcze innej płyty zespołu, lecz wydaje się być najbardziej wiosenne! 

wtorek, 13 marca 2012

...chomika, kota, rybki oraz psa

W dzisiejszym odcinku naszego cyklu zaprezentuję czy też raczej zarekomenduję państwu kilka pozycji z pogranicza muzyki gitarowej i elektronicznej. Po wczorajszych zapowiedziach w audycji GH+ zaczniemy od przedstawienia kuratora sceny eksperymentalnej jednego z
festiwalowych dni - Christiana Fennesza lub po prostu Fennesza. Pomysł wydaje się trafiony, zaproszeni goście - muzycy i showmani - również.
Oto najsłynniejsza płyta Fennesza z 2001 roku - nie z żadnego pogranicza jak napisałem we wstępnie - po prostu elektronika w postaci czystej lub jeszcze lepiej  - jak określił to wczoraj GrzegorzH - "elektroniczny minimalizm"

Fennesz - 2001 - Endless Summer

W podobnych rewirach obraca się polska zeszłoroczna propozycja warszawskiej grupy Kirk czyli demoniczna dziewczynka w stroju komunijnym na okładce, zresztą klimat najlepiej opisują sami: "Mówiono o wszystkim - o Bogu, o śmierci, o zbyt ciepłej wódce. Ważniejsze od słów było ich brzmienie. Czyste, nieskażone oczywistością. Pełna improwizacja"

Kirk - 2011 - Msza Święta w Brąswałdzie

Dodatkowo, fakultatywnie, dla uczniów zainteresowanych oceną celującą na semestr polecam jeszcze kilka ciekawych zeszłorocznych pozycji (wszystkie płyty wysoko notowane w podsumowaniach rocznych):

Ty Segall - 2011 - Goodbye bread - czyli sympatyczny pies z okładki
Kurt Vile - 2011 - Smoke Ring for my Halo - czyli płyta syna fanów pewnego niemieckiego kompozytora
Battles - 2011 - Gloss drop - tutaj nie udało mi się wymyślić żadnej ciekawej puenty

Jeszcze kilka płyt i będziemy zupełnie na bieżąco, wtedy możemy skupić się bardziej na śmiesznych anegdotach i historiach z morałem. Skądinąd wiem, że wśród czytelników rasowych gawędziarzy nie brakuje - scena jest duża, pomieścimy się wszyscy:)

W kolejnych wejściach będzie coś dla fanów ostrzejszego grania i muzyki polskiej, trudno jednak powiedzieć kiedy dokładnie...

środa, 7 marca 2012

Narodzeni na nowo!

W pierwszych słowach inaugurujących nowy sezon muzyczno-rozrywkowy chciałbym ponownie powitać wszystkich przyjaciół, kolegów, rodzinę i życzyć wielu nie tylko sportowych wrażeń w niedawno rozpoczętym nowym roku! Po prawdzie rok rozpoczął się już dwa miesiące z obkładem temu, ale wiadomo, że miesiące zimowe są raczej miesiącami martwymi, w których pije się dużo różnych alkoholi, a pomieszczenia są ciemne i ogrzewane... Dopiero obecny miesiąc staje się właściwym miesiącem rozbiegowym, po którym niebawem nastąpi maj, zaczną się spacery i rowery, a rzeczywistość będziemy odbierać (jeszcze) bardziej kolorowo!
Przydługi wstęp nieco oddalił nas od sedna sprawy czyli od bożego muzycznego narodzenia i zmartwychwstania w jednym, które w tym roku odbędzie się w dniach 2-5 sierpnia w katowickiej dolinie trzech stawów!

Tak jak w roku ubiegłym będę się starał zwracać uwagę na ciekawe zjawiska jakie spodziewane są na tegorocznym offie, tradycyjnie zachęcam do aktywnych poszukiwań własnych, do komentarzy, ogólnie do czerpania radości z muzyki!


Początek wydaje się być oczywisty - dwa najbardziej uznane albumy z repertuaru zespołu The Stooges. Fanów Iggiego Popa może nieco zdzwiwić brak hitów znanych z jego solowej kariery, ale zapewniam, że poniższe nagrania kopią nie mniej!

The stooges - 1970 - Fun House
The stooges - 1973 - Raw Power

Jako dopełnienie cyklu "alternatywa lat 70tych" proponuję, płytę z 1977 roku, która przy pierwszych przesłuchaniach wydaje się całkowicie nie do odbioru, po kilkunastu zaczyna intrygować, a na koncercie wypada zjawiskowo. (markie smith i the fall to była tylko przygrywka:)) Co prawda nazwa zespołu może nieco zniechęcać, ale proszę popróbować!

Suicide - 1977 - Suicide



Stay tuned!

piątek, 19 sierpnia 2011

Dudni z daleka gdzieś bas... - wspomnienia z Offa


Kolejny Off za nami, czas zacząć wspominki, póki jeszcze w głowie świeżo. Od czego zacząć...? Chyba najłatwiej od porównań z rokiem ubiegłym. LineUp - co jeszcze rok temu wydawało się niemożliwe - na plus. Gwiazdy jakby świeciły jaśniej, dobór godzinowy i scenowy bez zastrzeżeń, polska reprezentacja na remis - dużo ciekawych popołudniowych koncertów, jednak pół godziny - czasem za mało... Pogoda też na remis - gdyby nie niedzielna burza byłoby na plus, a może burzę powinienem policzyć jako atut. O ile burzę może tak, to późniejsze błoto, deszczową niechęć na koncerty Deerhoof, dEUS na pewno nie... ochrona tak samo mierna i wąsata jak w zeszłym roku plus lekki zatarg z jednym z przedstawicieli przy nielegalnym przemycie alkoholu z groźbą 2tysięcznej kary, policji i wizji przeciętych opasek - skończyło się na strachu:) Organizacyjnie chyba lepiej - przejście prosto z pola na ulicę plus połączenie strefy piwnej ze sceną leśną kilka godzin zaoszczędziło, jedzenie dla mnie mętne, piwo nieupijające, z butelki już bardziej...


Piątek - jesteśmy o czasie, kolejek jeszcze nie ma, jednak już przy wjeździe pierwsze niemiłe zaskoczenie: brak trawiastego parkingu przy polu, tak miłego zeszłorocznego miejsca spotkań. Ale zaraz za chwilę pierwszy fart: udaje nam się skorzystać z chwilowego zawirowania i braku ochrony i wjeżdżamy na plac przed hangarem, co jak później się okazuje oszczędza nam kolejne godziny na dojścia do samochodu i z (butelkowe piwo i wódka w bagażniku). Rozbijanie namiotu, przyjemna, słoneczna atmosfera i już jesteśmy na festiwalu. Rozpoczyna TRYP i już jesteśmy na właściwych torach! Potem krótka przerwa, kawałek Mazolla i już na scenie leśnej gra Janerka. "Wasz muł pancerny" - jak sam się przedstawił, mimo że nieco wychudzony i wysuszony w świetnej formie muzycznej. Śpiewamy, tańczymy, jak zawsze wszystko znamy! Kilkadziesiąt minut mija za szybko i biegiem na główną, tam już kolejna legenda - zespół Dezerter. Tańczymy w skromnym pogo pod sceną, skromnym, takie czasy: "wczoraj nie do pomyślenia dzisiaj rzecz zwyczajna" - przytaczając słowa zespołu. Idziemy dalej, towarzyszy nam sielankowa atmosfera, dobre nastroje, spotykamy spóźnionych gości:) W namiocie Baaba Gaba Kulka bawi się muzyką. Na perkusji Macio Moretti - chyba najbardziej zaangażowany muzyk tegorocznej edycji. Ja sam naliczyłem go w czterech odsłonach, a niewykluczone, że było go więcej... Po Gabie czas na piwo - zawsze jest czas na piwo - przy ogłuszającym metalowym graniu Szwedów z Meshuggah. Trzeba się przemieścić, bo niewiele słychać...Potem część grupy idzie na Czesława, a ja ląduje znowu w namiocie na Matthew Dear Live Band. Późna godzina, zadymiona scena, pan w marynarce - świetnie się to wszystko sprawdza. I już północ - dobry czas na łagodniejsze brzmienia. Mogwai i Low - wracają wspomnienia z Barcelony. Mogwai nie powiem, że rozczarowuje, ale też nie zachwyca, może zbyt dużo kawałków z nowej płyty, a może konwencja już trochę się przepaliła. Za to Low - mój prywatny numer trzy w kategorii koncertów zagranicznych - daje ponieść emocjom... Sił jeszcze dużo a dzień się kończy. Szkoda, bo w niedzielę tych sił zabraknie... Ostatni występ pana z laptopem na scenie eksperymentalnej i idę spać. Coś około 3:30. Panów z laptopami do końca nie kumam...

Sobota
Ten dzień przywitał nas... upałem. O godzinie 7 można było już zacząć zapominać o śnie i trzeba było zacząć myśleć jak tu się zregenerować, bo zapowiadał się znowu długi dzień. Ale jakoś się udało. Śniadanko prosto z reala, drzemka, gazetka, jakieś piwko i już południe. Zjawiamy się na terenach festiwalowych w okolicach zespołu Kamp. Muzyka słyszana zewsząd, tłumów jeszcze nie ma, typowy piknik. Dobra chwila żeby pochodzić, poznawać i tak też robimy. Po wstępie słyszanym z leżaków na scenie leśnej rozgrzewa się Asia Mina z 50 osobową orkiestrą dzieciaków. Fajnie to brzmi, ale jak już wspominałem jest czas poznawania - ruszamy pędem na Ballady i Romanse. Wszystko trochę zbyt krótko i za szybko...I już jesteśmy z powrotem bo na scenie trójki Kyst. Panowie jak zwykle z klasą i rozmachem. Dwie perkusje + gitara dają ciekawy efekt, choć lepiej ich się słucha w porze nocnej...Uff przerwa zasłużona. 
Strefa gastronomiczna. Cóż, niechybnie nam się przedłuża pobyt w strefie, tak, że Blonde Redhead słyszymy zza płotu, potem Mołr Drammaz, ale grupa wraca do strefy:) No i już za chwilę pierwsza dzisiejsza gwiazda - zespół Kury ze swoją szlagierową płytą POLOVIRUS. Przyznam, że jakoś dotychczas nie złapałem do końca tej konwencji, no i właśnie od tego są koncerty. Przede wszystkim duży kunszt techniczny muzyków pozwala im się bawić stylami, do tego charyzma Tymona i publiczność rytmicznie buja się przy discopolowych rytmach. W ogóle to jestem przekonany, że sprowadzenie na off festiwal Maryli Rodowicz lub Krzysztofa Krawczyka również przyciągnęłoby tłumy...
Powoli się ściemnia, a to znaczy, że nadszedł czas na obowiązkowy punkt festiwalu - czyli holenderskie rowery! I ponownie ta sama wyluzowana ekipa bawiąca się swoją pracą:) No i wiatr we włosach, wódka na parkingu, piwa butelkowe i jest tak fajnie, że Gang Of Four znowu zza płota! Po 23 wracamy. Prosto na scenę leśną gdzie rozbrzmiewa już nastrojowo i melodyjnie Destroyer. I tutaj przyznaję kolejne trzecie miejsce! Ogólnie myślę - i nie jest to moja odosobniona opinia - że koncerty na leśnej udają się najlepiej. Nie wiem, czy to kwestia klimatu, nagłośnienia, czy repertuaru, ale Destroyera z pewnością zapamiętam...Ale prawdziwa bomba miała dopiero nadejść! Okrzyknięty główną gwiazdą festiwalu: zespół Primal Scream i jego płyta Screamadelica sprzed 20 lat docierała do mnie długo. A właściwie to do końca do mnie w ogóle nie dotarła. Gdyby nie to, że był to prime time, scena główna, brak alternatywnych wydarzeń, to wcale nie jestem pewien, że bym się na ten koncert wybrał. I jakaś taka ogólna niechęć we mnie była. Ale w pewnym momencie zostałem wybudzony z marazmu i proszę państwa nastąpiło olśnienie! Muzyczne objawienie, ogólnie doszło do euforii. Te rytmy - już wcześniej znajome - zwielokrotniły się i wybuchły z wielką siłą. Osiągnąłem absolutną ekstazę muzyczną. W tamtym momencie liczyła się tylko muzyka...
Kto by pomyślał, że tak się to skończy.....

Niedziela
No i nadszedł finałowy dzień festiwalu. Od rana upał i piękne słońce, jeszcze o tym nie wiemy, ale pogoda szykuje dla nas mnóstwo niespodzianek... Póki co piknik na polu namiotowym, kolejki do pryszniców nie dla nas.. Po wczorajszym, słabszym poranku, dziś znowu mnóstwo sił do spożytkowania! Dzisiaj też do posłuchania i obejrzenia najwięcej pewniaków. Jakoś się szczególnie nie spieszymy, tak więc występy rozpoczynamy od pewniaka Biff. Kto nie widział, niech koniecznie zobaczy - spodoba się... Kto widział ten się niczym nie zaskoczy. O 17 biezlizna, czyli absolutne MustSee! Wszystko świetnie zgrywa, fajnie posłuchać murowanego zestawu hitów, co gwarantuje formuła: Zespół gra płytę... janiszewski mimo wielkiego brzucha i alkoholowych worów pod oczami radzi sobie jak na frontmana tradycyjnie dobrze. Koncert Bielizny był również przełomowy pod tym względem, że od tej pory na festiwalu zaczął rządzić deszcz i błoto. I burza. 
Taka z piorunami! Zaczęło lać tak strasznie, że zalało scenę główną i Abradab nie zagrał. My po wiernym tańcu pod sceną poszliśmy przebrać co trzeba i suszyć komórki... Na szczęście padać przestało, na nieszczęście, nie na długo... Koncertowi zespołu Liars przyznaję kolejną ex aequo trzecią nagrodę. Potem znowu zaczął rządzić deszcz. Bardzo szkoda Deerohoof, szkoda dEUS, Ariel Pink w deszczu i błocie, ale chyba dał radę. Na więcej nie starczyło sił. Pożegnanie przy dźwiękach PiL, a Sebadoh to już w samochodzie w drodze powrotnej.
Zawsze musi być jakieś: szkoda... I tak było wystarczająco pięknie, tak więc tych kilka zmarnowanych koncertów nie wpływa na odbiór całości. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że znalazłem swoje miejsce, a z każdym kolejnym dniem wspomnienia będą ustępować miejsca przyszłorocznym oczekiwaniom. Póki co wspomnień cały worek...
Cześć!