piątek, 23 marca 2012

Wiosenny wkręt

Ostatnim razem zapowiadałem mocniesze rytmy, jednak nie mogłem przewidzieć, że w międzyczasie zawita do nas wiosna i trzeba będzie się jakoś muzycznie odnieść do tej sytuacji. Wiosną wszystko lepiej się udaje, tramwaje przyjeżdżają na czas, a jeśli nawet nie, to spacer też nie stanowi problemu. Wiadomo, chciałoby się jeszcze kilku innych rzeczy: czystszego samochodu, nowszych głośników, większej życzliwości ludzkiej, mniej czerwonych nagłówków na gazeta.pl... Ale może nie wszystko na raz...
Tak się dobrze składa, że w poprzednim wejściu pominąłem jednego wykonawcę, który idealnie wpasowuję się w obecną aurę. Ten zespół to House of Love! Proponuję zapoznać się z debiutanckim albumem z 1988 roku zatytuowanym: House of Love. Z tym zespołem jest jeden problem dziennikarski - ponieważ wszystkie istotne wydawnictwa tej grupy nazywają się po prostu: House of Love - House of Love:)
Dla lepszego rozeznania proponuję najpierw przypomnieć sobie największy hit grupy "Shine on" z drugiej płyty zespołu zatytułowanej  House of Love oczywiście:


A teraz przenosimy się już do roku 1988go. Legień i Wroński zdobywają złote medale w Seulu. Holandia ze swoim dream teamem zdobywa Mistrzostwo Europy. Do kin wchodzi Szklana Pułapka i Kingsajz, wielkimi krokami zbliża się wind of change...


House of Love - 1988 - House of Love


PS. Prezentowane zdjęcie pochodzi z jeszcze innej płyty zespołu, lecz wydaje się być najbardziej wiosenne! 

wtorek, 13 marca 2012

...chomika, kota, rybki oraz psa

W dzisiejszym odcinku naszego cyklu zaprezentuję czy też raczej zarekomenduję państwu kilka pozycji z pogranicza muzyki gitarowej i elektronicznej. Po wczorajszych zapowiedziach w audycji GH+ zaczniemy od przedstawienia kuratora sceny eksperymentalnej jednego z
festiwalowych dni - Christiana Fennesza lub po prostu Fennesza. Pomysł wydaje się trafiony, zaproszeni goście - muzycy i showmani - również.
Oto najsłynniejsza płyta Fennesza z 2001 roku - nie z żadnego pogranicza jak napisałem we wstępnie - po prostu elektronika w postaci czystej lub jeszcze lepiej  - jak określił to wczoraj GrzegorzH - "elektroniczny minimalizm"

Fennesz - 2001 - Endless Summer

W podobnych rewirach obraca się polska zeszłoroczna propozycja warszawskiej grupy Kirk czyli demoniczna dziewczynka w stroju komunijnym na okładce, zresztą klimat najlepiej opisują sami: "Mówiono o wszystkim - o Bogu, o śmierci, o zbyt ciepłej wódce. Ważniejsze od słów było ich brzmienie. Czyste, nieskażone oczywistością. Pełna improwizacja"

Kirk - 2011 - Msza Święta w Brąswałdzie

Dodatkowo, fakultatywnie, dla uczniów zainteresowanych oceną celującą na semestr polecam jeszcze kilka ciekawych zeszłorocznych pozycji (wszystkie płyty wysoko notowane w podsumowaniach rocznych):

Ty Segall - 2011 - Goodbye bread - czyli sympatyczny pies z okładki
Kurt Vile - 2011 - Smoke Ring for my Halo - czyli płyta syna fanów pewnego niemieckiego kompozytora
Battles - 2011 - Gloss drop - tutaj nie udało mi się wymyślić żadnej ciekawej puenty

Jeszcze kilka płyt i będziemy zupełnie na bieżąco, wtedy możemy skupić się bardziej na śmiesznych anegdotach i historiach z morałem. Skądinąd wiem, że wśród czytelników rasowych gawędziarzy nie brakuje - scena jest duża, pomieścimy się wszyscy:)

W kolejnych wejściach będzie coś dla fanów ostrzejszego grania i muzyki polskiej, trudno jednak powiedzieć kiedy dokładnie...

środa, 7 marca 2012

Narodzeni na nowo!

W pierwszych słowach inaugurujących nowy sezon muzyczno-rozrywkowy chciałbym ponownie powitać wszystkich przyjaciół, kolegów, rodzinę i życzyć wielu nie tylko sportowych wrażeń w niedawno rozpoczętym nowym roku! Po prawdzie rok rozpoczął się już dwa miesiące z obkładem temu, ale wiadomo, że miesiące zimowe są raczej miesiącami martwymi, w których pije się dużo różnych alkoholi, a pomieszczenia są ciemne i ogrzewane... Dopiero obecny miesiąc staje się właściwym miesiącem rozbiegowym, po którym niebawem nastąpi maj, zaczną się spacery i rowery, a rzeczywistość będziemy odbierać (jeszcze) bardziej kolorowo!
Przydługi wstęp nieco oddalił nas od sedna sprawy czyli od bożego muzycznego narodzenia i zmartwychwstania w jednym, które w tym roku odbędzie się w dniach 2-5 sierpnia w katowickiej dolinie trzech stawów!

Tak jak w roku ubiegłym będę się starał zwracać uwagę na ciekawe zjawiska jakie spodziewane są na tegorocznym offie, tradycyjnie zachęcam do aktywnych poszukiwań własnych, do komentarzy, ogólnie do czerpania radości z muzyki!


Początek wydaje się być oczywisty - dwa najbardziej uznane albumy z repertuaru zespołu The Stooges. Fanów Iggiego Popa może nieco zdzwiwić brak hitów znanych z jego solowej kariery, ale zapewniam, że poniższe nagrania kopią nie mniej!

The stooges - 1970 - Fun House
The stooges - 1973 - Raw Power

Jako dopełnienie cyklu "alternatywa lat 70tych" proponuję, płytę z 1977 roku, która przy pierwszych przesłuchaniach wydaje się całkowicie nie do odbioru, po kilkunastu zaczyna intrygować, a na koncercie wypada zjawiskowo. (markie smith i the fall to była tylko przygrywka:)) Co prawda nazwa zespołu może nieco zniechęcać, ale proszę popróbować!

Suicide - 1977 - Suicide



Stay tuned!

piątek, 19 sierpnia 2011

Dudni z daleka gdzieś bas... - wspomnienia z Offa


Kolejny Off za nami, czas zacząć wspominki, póki jeszcze w głowie świeżo. Od czego zacząć...? Chyba najłatwiej od porównań z rokiem ubiegłym. LineUp - co jeszcze rok temu wydawało się niemożliwe - na plus. Gwiazdy jakby świeciły jaśniej, dobór godzinowy i scenowy bez zastrzeżeń, polska reprezentacja na remis - dużo ciekawych popołudniowych koncertów, jednak pół godziny - czasem za mało... Pogoda też na remis - gdyby nie niedzielna burza byłoby na plus, a może burzę powinienem policzyć jako atut. O ile burzę może tak, to późniejsze błoto, deszczową niechęć na koncerty Deerhoof, dEUS na pewno nie... ochrona tak samo mierna i wąsata jak w zeszłym roku plus lekki zatarg z jednym z przedstawicieli przy nielegalnym przemycie alkoholu z groźbą 2tysięcznej kary, policji i wizji przeciętych opasek - skończyło się na strachu:) Organizacyjnie chyba lepiej - przejście prosto z pola na ulicę plus połączenie strefy piwnej ze sceną leśną kilka godzin zaoszczędziło, jedzenie dla mnie mętne, piwo nieupijające, z butelki już bardziej...


Piątek - jesteśmy o czasie, kolejek jeszcze nie ma, jednak już przy wjeździe pierwsze niemiłe zaskoczenie: brak trawiastego parkingu przy polu, tak miłego zeszłorocznego miejsca spotkań. Ale zaraz za chwilę pierwszy fart: udaje nam się skorzystać z chwilowego zawirowania i braku ochrony i wjeżdżamy na plac przed hangarem, co jak później się okazuje oszczędza nam kolejne godziny na dojścia do samochodu i z (butelkowe piwo i wódka w bagażniku). Rozbijanie namiotu, przyjemna, słoneczna atmosfera i już jesteśmy na festiwalu. Rozpoczyna TRYP i już jesteśmy na właściwych torach! Potem krótka przerwa, kawałek Mazolla i już na scenie leśnej gra Janerka. "Wasz muł pancerny" - jak sam się przedstawił, mimo że nieco wychudzony i wysuszony w świetnej formie muzycznej. Śpiewamy, tańczymy, jak zawsze wszystko znamy! Kilkadziesiąt minut mija za szybko i biegiem na główną, tam już kolejna legenda - zespół Dezerter. Tańczymy w skromnym pogo pod sceną, skromnym, takie czasy: "wczoraj nie do pomyślenia dzisiaj rzecz zwyczajna" - przytaczając słowa zespołu. Idziemy dalej, towarzyszy nam sielankowa atmosfera, dobre nastroje, spotykamy spóźnionych gości:) W namiocie Baaba Gaba Kulka bawi się muzyką. Na perkusji Macio Moretti - chyba najbardziej zaangażowany muzyk tegorocznej edycji. Ja sam naliczyłem go w czterech odsłonach, a niewykluczone, że było go więcej... Po Gabie czas na piwo - zawsze jest czas na piwo - przy ogłuszającym metalowym graniu Szwedów z Meshuggah. Trzeba się przemieścić, bo niewiele słychać...Potem część grupy idzie na Czesława, a ja ląduje znowu w namiocie na Matthew Dear Live Band. Późna godzina, zadymiona scena, pan w marynarce - świetnie się to wszystko sprawdza. I już północ - dobry czas na łagodniejsze brzmienia. Mogwai i Low - wracają wspomnienia z Barcelony. Mogwai nie powiem, że rozczarowuje, ale też nie zachwyca, może zbyt dużo kawałków z nowej płyty, a może konwencja już trochę się przepaliła. Za to Low - mój prywatny numer trzy w kategorii koncertów zagranicznych - daje ponieść emocjom... Sił jeszcze dużo a dzień się kończy. Szkoda, bo w niedzielę tych sił zabraknie... Ostatni występ pana z laptopem na scenie eksperymentalnej i idę spać. Coś około 3:30. Panów z laptopami do końca nie kumam...

Sobota
Ten dzień przywitał nas... upałem. O godzinie 7 można było już zacząć zapominać o śnie i trzeba było zacząć myśleć jak tu się zregenerować, bo zapowiadał się znowu długi dzień. Ale jakoś się udało. Śniadanko prosto z reala, drzemka, gazetka, jakieś piwko i już południe. Zjawiamy się na terenach festiwalowych w okolicach zespołu Kamp. Muzyka słyszana zewsząd, tłumów jeszcze nie ma, typowy piknik. Dobra chwila żeby pochodzić, poznawać i tak też robimy. Po wstępie słyszanym z leżaków na scenie leśnej rozgrzewa się Asia Mina z 50 osobową orkiestrą dzieciaków. Fajnie to brzmi, ale jak już wspominałem jest czas poznawania - ruszamy pędem na Ballady i Romanse. Wszystko trochę zbyt krótko i za szybko...I już jesteśmy z powrotem bo na scenie trójki Kyst. Panowie jak zwykle z klasą i rozmachem. Dwie perkusje + gitara dają ciekawy efekt, choć lepiej ich się słucha w porze nocnej...Uff przerwa zasłużona. 
Strefa gastronomiczna. Cóż, niechybnie nam się przedłuża pobyt w strefie, tak, że Blonde Redhead słyszymy zza płotu, potem Mołr Drammaz, ale grupa wraca do strefy:) No i już za chwilę pierwsza dzisiejsza gwiazda - zespół Kury ze swoją szlagierową płytą POLOVIRUS. Przyznam, że jakoś dotychczas nie złapałem do końca tej konwencji, no i właśnie od tego są koncerty. Przede wszystkim duży kunszt techniczny muzyków pozwala im się bawić stylami, do tego charyzma Tymona i publiczność rytmicznie buja się przy discopolowych rytmach. W ogóle to jestem przekonany, że sprowadzenie na off festiwal Maryli Rodowicz lub Krzysztofa Krawczyka również przyciągnęłoby tłumy...
Powoli się ściemnia, a to znaczy, że nadszedł czas na obowiązkowy punkt festiwalu - czyli holenderskie rowery! I ponownie ta sama wyluzowana ekipa bawiąca się swoją pracą:) No i wiatr we włosach, wódka na parkingu, piwa butelkowe i jest tak fajnie, że Gang Of Four znowu zza płota! Po 23 wracamy. Prosto na scenę leśną gdzie rozbrzmiewa już nastrojowo i melodyjnie Destroyer. I tutaj przyznaję kolejne trzecie miejsce! Ogólnie myślę - i nie jest to moja odosobniona opinia - że koncerty na leśnej udają się najlepiej. Nie wiem, czy to kwestia klimatu, nagłośnienia, czy repertuaru, ale Destroyera z pewnością zapamiętam...Ale prawdziwa bomba miała dopiero nadejść! Okrzyknięty główną gwiazdą festiwalu: zespół Primal Scream i jego płyta Screamadelica sprzed 20 lat docierała do mnie długo. A właściwie to do końca do mnie w ogóle nie dotarła. Gdyby nie to, że był to prime time, scena główna, brak alternatywnych wydarzeń, to wcale nie jestem pewien, że bym się na ten koncert wybrał. I jakaś taka ogólna niechęć we mnie była. Ale w pewnym momencie zostałem wybudzony z marazmu i proszę państwa nastąpiło olśnienie! Muzyczne objawienie, ogólnie doszło do euforii. Te rytmy - już wcześniej znajome - zwielokrotniły się i wybuchły z wielką siłą. Osiągnąłem absolutną ekstazę muzyczną. W tamtym momencie liczyła się tylko muzyka...
Kto by pomyślał, że tak się to skończy.....

Niedziela
No i nadszedł finałowy dzień festiwalu. Od rana upał i piękne słońce, jeszcze o tym nie wiemy, ale pogoda szykuje dla nas mnóstwo niespodzianek... Póki co piknik na polu namiotowym, kolejki do pryszniców nie dla nas.. Po wczorajszym, słabszym poranku, dziś znowu mnóstwo sił do spożytkowania! Dzisiaj też do posłuchania i obejrzenia najwięcej pewniaków. Jakoś się szczególnie nie spieszymy, tak więc występy rozpoczynamy od pewniaka Biff. Kto nie widział, niech koniecznie zobaczy - spodoba się... Kto widział ten się niczym nie zaskoczy. O 17 biezlizna, czyli absolutne MustSee! Wszystko świetnie zgrywa, fajnie posłuchać murowanego zestawu hitów, co gwarantuje formuła: Zespół gra płytę... janiszewski mimo wielkiego brzucha i alkoholowych worów pod oczami radzi sobie jak na frontmana tradycyjnie dobrze. Koncert Bielizny był również przełomowy pod tym względem, że od tej pory na festiwalu zaczął rządzić deszcz i błoto. I burza. 
Taka z piorunami! Zaczęło lać tak strasznie, że zalało scenę główną i Abradab nie zagrał. My po wiernym tańcu pod sceną poszliśmy przebrać co trzeba i suszyć komórki... Na szczęście padać przestało, na nieszczęście, nie na długo... Koncertowi zespołu Liars przyznaję kolejną ex aequo trzecią nagrodę. Potem znowu zaczął rządzić deszcz. Bardzo szkoda Deerohoof, szkoda dEUS, Ariel Pink w deszczu i błocie, ale chyba dał radę. Na więcej nie starczyło sił. Pożegnanie przy dźwiękach PiL, a Sebadoh to już w samochodzie w drodze powrotnej.
Zawsze musi być jakieś: szkoda... I tak było wystarczająco pięknie, tak więc tych kilka zmarnowanych koncertów nie wpływa na odbiór całości. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że znalazłem swoje miejsce, a z każdym kolejnym dniem wspomnienia będą ustępować miejsca przyszłorocznym oczekiwaniom. Póki co wspomnień cały worek...
Cześć!

piątek, 12 sierpnia 2011

Come back soon!

Proszę nie odchodzić od odbiorników, już wkrótce (po grand weekendzie) relacja z Off'a!

czwartek, 16 czerwca 2011

Off 2011 - Line Up z podziałem na sceny i godziny!

Sierpień zbliża się WIELKIMI krokami, kilka dni temu została upubliczniona pełna rozpiska godzinowa. Tradycyjnie moje typy: na zielono to co trzeba zobaczyć, na żółto to co również należy zobaczyć, ale w drugiej kolejności, lub gdy nie będzie lepszych zajęć. Oczywiście namawiam wszystkich do stworzenia własnej wersji. Wersja excelowa do pobrania tutaj.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

BARCELONA PRIMAVERA 2011

SING ALONG WITH THE COMMON PEOPLE


ŚRODA
Odurzeni katalońskim słońcem, piwem z gatunku San Miguel i Estrella Damm ruszamy w kierunku pierwszego festiwalowego przystanku. Droga jest długa i wyboista, wiedzie ze słynnej twierdzy Montjuic, poprzez tereny olimpiady z 1992 roku prosto do Hiszpańskiej wioski czyli Poble Espanol. Na szczęście w głównej mierze jest z górki, co nadaje nam dodatkowego rozpędu i animuszu, adrenalina już też robi swoje. Pierwsze starcie, dokumenty, ksera, dowody, opaski. Uff, udało się.. Wchodzimy!!! Dziedziniec robi wrażenie, ze sceny dobiegają już dźwięki. Bardziej łapiemy klimat niż poszczególnych wykonawców, ale tak jest fajnie! Piwko, żetony, kolejki, muzyka gra! Słońce daje się we znaki, potem jest już znośniej, ale robi się coraz ciaśniej – spadamy bo alk w sklepach tylko do 23!

CZWARTEK

Około godziny 18, kiedy słońce po raz pierwszy od naszego przyjazdu skryło się za chmurami, udajemy się w kierunku Parc del Forum – ogromnego, poziomowo zróżnicowanego, lecz głównie niestety betonowo – asfaltowego placu, na którego 10 scenach odbędą się festiwalowe koncerty. Po odbyciu wstępnych czynności kolejkowo – biletowych jesteśmy w środku! Zaczyna się do wielu niedociągnięć organizacyjnych – system płatniczy zawiesił się już na starcie, piwa niedolewają itp. – ale nic nie jest w stanie przyćmić radości z bycia tutaj! Już wstępny rekonesans pokazuje, że przed nami kilometry pieszych wędrówek. Najbardziej atrakcyjne pod względem muzycznym sceny – San Miguel i Llevant – są od siebie oddalone najbardziej. Oprócz tego, wygląda na to, że Llevant stage jest takim trochę miejscem „na przyczepkę” – ogrodzonym, asfaltowym placem dokoptowanym na potrzeby festiwalu. Jednak jak wiadomo festiwale to również sztuka wyboru – i pewnie nie raz przyjdzie nam wybrać wygodniejsze miejsce nawet kosztem wrażeń artystycznych.

Póki co zaczynamy od Llevant Stage siedząc na dość rozgrzanej ziemi, zajadając orzeszki słuchamy Sonny & the Sunsets i rozkoszujemy się chwilą… 
Po jakiejś godzinie ruszamy dalej odkrywać nieznane jeszcze tereny. Na jednej z mniejszych scen gra w tym czasie nasz The Car is on Fire i choć chłopaki muzycznie bronią się jak najbardziej, to niestety jest to taki „mecz bez udziału publiczności”. 
Dokładnie te same uwagi dotyczą drugiego naszego/nie naszego zespołu – Kyst, który gra w tym samym miejscu jakieś 5 godzin później…

Po uporaniu się z kwestiami płatniczymi i po wypiciu najdroższego piwa w życiu (9Euro) udajemy się w kierunku sceny Pitchfork, gdzie swój koncert gra kalifornijski elektroniczny, lecz lekko też popowy band – Glasser. Wokalistka, utalentowana niebywale – również pod względem tanecznym. Uprzedzając nieco fakty, chyba tylko Polly Jean Harvey prześcignęła ją w kategorii: gracja. Miło się tego słucha i jedyne do czego można się przyczepić – to to, że tak krótko. Ale taki już jest urok festiwali, że zespoły grające o wcześniejszych godzinach grają czasami po 30-45 minut…
Różnego rodzaju zawirowania sprawiają, że na koncert Grindermana trafiamy spóźnieni. A że łysiejący Nick Cave fanów ma wielu, nasze miejsce jest dalekie od idealnego. Ten wydawało by się niefortunny splot wydarzeń powoduje, że za jakieś pół godziny trafiamy na koncert Glenna Branki i jego 6-osobowej orkiestry. I to jest pierwsza festiwalowa bomba! Rozbudowane, kilkunastominutowe kompozycje idealnie wpasowują się w mój nastrój. I to jest jedna z kwestii, dla których uwielbiam festiwale – czasem zupełnie nieoczekiwanie doświadczasz czegoś niesamowitego…
Tak wyglądała muzyka zespołu Suicide
Z powodu wyborów, o których pisałem wcześniej świadomie rezygnujemy z koncertu Interpol, żeby zebrać siły na kulminację wieczoru, czyli the Flaming Lips. Póki co słuchamy chyba najbardziej awangardowego i najtrudniejszego w odbiorze koncertu, gdzie zespół – o bardzo wdzięcznej nazwie – Suicide odgrywa swoją pierwszą płytę nagraną gdzieś pod koniec lat 70tych. Ponownie uprzedzając fakty, jutro Jarvis Cocker powie o tym zespole, jako o jednym z najwybitniejszym zespołów w historii!! Odurzeni muzyką i atmosferą udajemy się w stronę głównej sceny, zajmujemy idealne miejsce i czekamy na Wayna Coyna i jego objazdowy cyrk! Mimo, że miejscami koncert zawiera wręcz identyczne sekwencje wydarzeń, mimo, że konfetti już nie takie kolorowe a balony jakby mniejsze, to wspaniałe piosenki – w dużej mierze wyśpiewane przez publiczność – charyzma wokalisty i ogólnie jakaś taka podniosła atmosfera, powodują, że chce się znowu tego słuchać i to oglądać… I to już koniec na dziś – mimo że zmęczeni, zaskakująco szybko docieramy do placu katalońskiego, a stamtąd pustymi, tak…pustymi Ramblami wracamy do naszego obskurnego hoteliku:)

PIĄTEK
dos cervezas por favor
Dziś na nabrzeżu pojawiamy się jakoś przed 19. Duże Estrelle dodają nam animuszu. Wchodzimy! Początek bliźniaczy z wczorajszym. Ostatnie promienie słońca, scena Llevant, gra zespół the Fiery Furnaces, rozkoszujemy się tym jak mamy fajnie. Korzystamy z festiwalowego życia w oczekiwaniu na koncert the National. Ludzi przybywa z każdą minutą bo to absolutny headliner tej części wieczoru. Grają dużo szlagierów z ostatniej płyty, charakterystyczny tubalny głos wokalisty dobrze sprawdza się na żywo. 


Potem piwko, papieros, piwko i już jesteśmy na mojej ulubionej scenie: ATP. Mamy dobre, wygodne, siedzące miejsce – trochę jak w teatrze – ludzie wypełniają każdą wolną przestrzeń, ale scena jest dość mała i atmosfera mimo wszystko kameralna. 


Bardzo dobrze komponuje się tam muzyka zespołu Low – powolne, zmysłowe rytmy, robi się błogo i leniwie… Niebawem zostaję sam. Przenoszę się na Ray-Ban stage gdzie zaczyna się już koncert Explosions In the Sky – znów idealny czas i miejsce na taką muzykę. Ściana gitar, ale też coś więcej, coś o czym mówi nazwa zespołu… jest już grubo po 1 w nocy. Idę na scenę główną w oczekiwaniu na Pulp. 1:45 zaczynają. Jarvis Cocker prowadzi ciekawą i ożywioną konferansjerkę. O tym jak grali tu na drugiej Primaverze 9 lat temu. O tym, że grają pierwszy koncert od 15 lat w oryginalnym składzie. I oczywiście muzyka. Same hity. Sala tańczy i śpiewa. Przy pierwszych rytmach i słowach „She came from Greece she had a thirst for knowledge…” przez publikę przechodzi wstrząs. I zarazem sygnał końca drugiego dnia. Na placu katalońskim deszcz zaczyna padać…

SOBOTA
Rozpoczynamy ostatni dzień festiwalu. Plany koncertowe jak zwykle ambitne, ale i zestaw wykonawców na dziś szczególnie bogaty. Rozpoczynamy tradycyjnym oszczędnościowym piwkiem, choć i tak bilans wydatków na festiwalowego San Miguela za 4Euro kubek jest zatrważający. Siedzimy na trawiastym wzniesieniu w oczekiwaniu na koncert Fleet Foxes. Zajadamy hiszpańskie parówki. Tuż przed 20 zaczynają grać. Pogoda jest iście piknikowa i odbiór muzyki takowy. Minimalnie efekt psuje wiatr, który na tak dużej odległości nieco zniekształca dobiegającą z głośników muzykę. Po jakichś 40 minutach idziemy dalej, bo jak pisałem wcześniej kolejne zespoły czekają…Demoniczny Gonjasufi na scenie Pitchforka daje całkiem niezły pokaz. Na dłużej zatrzymujemy się na koncercie niemieckiej legendy Einsturzende Neubauten. Panowie wnieśli na scenę kupę żelastwa – rury różnego pochodzenia, blachy i inne dziwne instalacje. W epoce muzyki z komputera robi to duże wrażenie – tym bardziej, że sami szczycą się tym, że grają bez użycia elektroniki, a dźwięki elektroniczne wydają się być. Na telebimach oglądamy przebitki z finału Ligi Mistrzów. Messi gol! Powoli robi się ciemno i wracamy na scenę główną gdzie już zaczyna najpiękniejszy głos i osobowość festiwalu – PJ Harvey
Ten biały duch to PJ


Odgrywa wiele kawałków z ostatniej płyty: Let England Shake – hymny na cześć Zjednoczonego Królestwa (co w kontekście porażki Manchesteru staje się ciut mniej przekonujące:)). Lecimy dalej – zatrzymujemy się na dłużej i słuchamy najbardziej nastrojowego koncertu wieczoru: Galaxie 500, a właściwie jego wokalisty z żoną i zespołem, bo sam zespół nie istnieje już od dawna. Płyta Fire jest jedną z ulubionych moich płyt ostatnich czasów, więc tym ciekawiej było się spotkać z legendą i podumać w atmosferze tej pięknej muzyki. Bardzo przekonujące…
Powoli zaczyna pojawiać się wizja końca… Chodzimy żegnamy się: Swans, super klimat na Mogwai i wreszcie wyczekiwany Animal Collective. Brakuje już trochę sił, żeby to wszystko przeżyć na 100%. Bolą nogi i kręgosłupy:) Chętnie bym jeszcze kiedyś zobaczył AC na samodzielnym koncercie, bo wyglądało na to, że trochę to nie był czas i miejsce na aż tak pokręconą muzę. I tak dobrnęliśmy do końca! Festiwal i cały wyjazd na pewno zapamiętamy na zawsze. Gdyby można było stopniować przymiotnik „zajebisty” musiałbym go użyć w stopniu najwyższym. W połączeniu z pobytem, zwiedzaniem miasta, atmosferą, trudno będzie go przebić w przyszłości. Póki co zostają zdjęcia i nasze wspomnienia…



PS1. Jakoś nocnych zdjęć dowodzi zasadności rozmyślania nad kupnem nowego aparatu
PS2. Wszędzie w tekście, gdzie pojawia się liczba mnoga, mam na myśli siebie i moją dziewczynę Anię, która dzielnie dotrzymywała mi kroku nawet przy największych muzycznych dziwactwach
PS3. Wrócimy tu jeszcze...